Nawet wcześniej niż na rogatkach Ameryki Południowej było widać z samolotu świecącą na zielono północno-wschodnią część Amazonii z wcinająca sie w nią brunatnym kolorem Wyżynę Gujańską. Porę deszczową w Amazonii zobaczyliśmy 'od góry' w postaci regularnej zawiesiny chmur, okrywającą szczelnie zielony ocean zieleni. Porównanie Amazonii z oceanem narzuca się samorzutnie - brak jest w naszym doświadczaniu przestrzeni jakichkolwiek innych zjawisk – no, może pustyni – które w pierwszej chwili mocniej i wyraźniej pozwoliłyby nazwać ten pejzaż zieleni ciągnący się w nieskończoność. W porze suchej widać wyraźnie wijącą sie grubą wstęgę Amazonki, która odcinając się brunatnym kolorem od ciemno zielonego tła drzewostanu wygląda wręcz animalistycznie, jak wielka anakonda pełzająca po powierzchni ziemi. Od wylotu z Polski, podróż samolotem to jakby podróż po wielkiej krainie kolorów ziemi: od świetlisto-śnieżno-purpurowej Europy o świcie, przez niebiesko-siną głębie Atlantyku, potem świecącą zieleń rogatek kontynentu południowo-amerykańskiego i mleczną powłokę chmur pory deszczowej nad Amazonią. Potem już tylko koci skok przez brunatne kształty połamanych skał Andów i lądowanie w Limie rozświetlonej światłem gasnących nad horyzontem Pacyfiku promieni słońca.
Apetyt na Limę, okołorównikowe słońce i odmienne stany świadomości wywołane kulturową różnorodnością Peru niespotykaną już w Europie był wielki. W tym odmiennym stanie znaleźliśmy się już na samym początku, gdy jadąc z lotniska taksówką, przez dzielnice Callao, jej kwartał, w którym recykling śmieci, tuż przy ulicy, odbywał sie ręcznie i na bosaka przez rzesze mężczyzn w szortach i koszulkach przydymionych kurzem z asfaltu; potem jechaliśmy zakamarkami ulic, gdzie kilometrami ciągnęły się niewielkie, otwarte na oścież boksy, w których drukowano i kserowano, kserowano i drukowano na tonach papieru, na maszynach graficznych wystawionych niemal na zewnątrz, jakby drukarniom wnętrzności wyszły na zewnątrz. I recykling śmieci na bosaka i drukowanie książek i czasopism na ulicy był żywym teatrem, wciąż trwającą próba przed spektaklem, którą przypadkowo mieliśmy okazję zobaczyć. W nocne, fabryczne życie Limy na ulicy dostaliśmy się przez przypadek, jadąc na skróty do Plaza Mayor, centrum starej części miasta.
Zamieszkaliśmy w Hotelu España, który sam w sobie wydawała się być kolonialną Lima w pigułce: drewniane balkony z rzeźbionymi balustradami hotelu, patio z antycznymi rzeźbami, wijące
się serpentyny schodów, obrazy w barokowych ramach na ścianach i inkaska ceramika ofiarna za szkłem wraz ze świetnie zachowaną mumią z Andów. Po godzinnej przerwie poświęconej oddaniu
czci ciału pod prysznicem ruszyliśmy nocą do kolonialnej części miasta rozruszanego ściskającymi sie parami młodych i starych limeños świętujących Walentynki. Na Plaza Mayor,
rozświetlonego setkami latarni i rozgadanego tysiącami śmiejących sie głosów wciskaliśmy sie w tłum, chcąc coś zobaczyć, coś usłyszeć, coś zjeść.
Słońce poranka następnego dnia pokazało nam jeszcze bardziej, w jak cudownym jesteśmy miejscu. Z górnego tarasu hotelu, przez pnącza hotelowej roślinności roztaczał się widok na kopuły dachu kościoła św. Franciszka oświetlone ostrym światłem wznoszącego się słońca, rysującego wyraźne ciemne cieni na sąsiednich budynkach. W dole, na otwartej przestrzeni jednego z dziedzińców hotelu, w ramach z girland pnączy, stal biały, antyczny posąg nagiego mężczyzny z baraszkującą na jego ramieniu – już nie posągową, a prawdziwą - kolorową arą. Tuż pod posągiem, po podłodze, w labiryncie krzeseł i stolików ścigały się żółwie w poszukiwaniu jedzenia. Z dolnego piętra hotelu dochodziła muzyka z serca Andów, grana na żywo w jednym z pokoi przez grupę muzyków Quechua przygotowujących się do koncertu; nie trzeba było wychodzić z hotelu, całe Peru wydawało się być w jednym miejscu
Wielkość i potęgę 8milionowej Limy można objąć wzrokiem ze wzgórza San Cristobal, na które wjeżdża sie busem jednej z agencji turystycznych. Wśród wjeżdżających byli również mieszkańcy
Limy, dla których to wielkie miasto ma w sobie wiele zagadek i nie jest do końca poznane. Wjeżdżając, z okien busa można było zobaczyć życie ludzi z najbiedniejszych części miasta.
Chcieliśmy je ujrzeć bardziej wyraźnie i ostanie kilkaset metrów wejść pieszo, ale nie pozwolono nam z obawy przed – wyimaginowanym lub realnym - zagrożeniem kradzieżą lub inną formą
nieoczekiwanego kontaktu międzykulturowego z turystą. Z góry za to rozkoszowaliśmy się widokami jak z lotu ptaka - wielkość miasta rozsianego pomiędzy wzgórzami była niewiarygodna:
cywilizacja miasta - jak wcześniej Amazonia – sięgała aż po horyzont we wszystkie strony.
Lima w aspekcie archeologicznym, to w znacznej mierze Huaca Pucllana, czyli świątynia czcicieli morza/wody z okresu tzw. kultury limeńskiej z VII-II wieku p.n.e. Huaca Pucllana to
potężna piramida tzw. addobe - z uwagi na swą konstrukcję znana również w innych kulturach archeologicznych świata, np. w Afryce – wybudowana z szarych, suszonych na słońcu cegieł.
Piramida znajduje w nowoczesnej dzielnicy miasta w Miraflolres i została odkryta przez przypadek, w czasie likwidacji miejscowego wysypiska śmieci.
Będąc w Huaca Pucllana ma się niecodzienne odczucie doświadczania ciągłości historycznej danego miejsca: z górnych części piramidy, która z daleka wygląda jak naturalne wypiętrzenia
skalne, rozciąga sie widok na nowoczesne wieżowce Miraflores. Różnica w czasie pomiędzy piramidą i nowoczesną architekturą miasta, to około 3000 lat nieprzerwanej obecności kulturowej
człowieka w jednym miejscu.
Miraflores, jest jakby miastem w mieście. Miraflores, to również wspaniale plaże Pacyfiku, które najbardziej nadają sie do uprawiania sportów wodnych. Niestety nie na wszystkich plażach
można sie kąpać z powodu bardzo wysokiej fali przybojowej, za to widoki i odgłosy rozbryzgujących sie o kamienisty brzeg fal, to potęga i piękno samo a sobie.
W ruchliwym, dynamicznym i hałaśliwym mieście, pełnym kontrastów i liczbie ludności niejednego kraju można znaleźć oazy spokoju, wręcz kontemplacyjnych widoków i dźwięków. To Parque de
los Aguas z kilkunastoma fontannami o różnej wielkości i różnych kształtów w otoczeniu palm, w których woda tryska przy akompaniamencie muzyki klasycznej lub rokowej tworząc widowisko o
charakterze baletu. Wieczorem Parque de los Aguas staje sie miejscem masowych spacerów mieszkańców Limy, gdyż kolorowe iluminacje świetlne jeszcze bardziej podkreślają walory wodnych
przedstawień.
W porze deszczowej trudno jest zobaczyć Andy z lotu ptaka. W tym okresie ścierające sie tu dwa fronty atmosferyczne powodują, że na wybrzeżu jest bezchmurne niebo - w Limie nigdy nie
pada deszcz - Andy pokryte są kłębiastymi chmurami, a nad Amazonią rozpościera sie cienkie prześcieradełko chmurek przykrywające zielona część kontynentu. Lądując w Iquitos, miejskim
sercu Amazonii peruwiańskiej, można zobaczyć wijąca sie wstęgę brunatnej Amazonki.
Kolejnym etapem przenikania w głąb współczesnej kultury Peru - po Limie jako cywilizacji wybrzeża, przez Iquitos, jako miejskim centrum Amazonii - jest spotkanie z kulturami tubylczymi
tropikalnego lasu deszczowego, które są ostatnim zachowanym do dzisiejszego dnia śladem najbardziej archaicznych kultur ludzkich. Po nocnej podróży rzecznym statkiem po Amazonce
dopływamy do Pevas, starej metyskiej osady leżącej u ujścia rzeki Ampiyacu do Amazonki. Stąd już niedaleko do leżących wzdłuż Ampiyacu osad Indian Huitoto, Bora, Ocaina i Yagua. Wyprawa
zatrzymuje się i ma swoją bazę w osadzie Indian Bora. Członkowie wyprawy mieszkają w maloce Bora, wielkiej chacie komunalnej, w której Bora mieszkali tradycyjnie, a w której do dziś
odbywają się większe święta i obrzędy Bora. Stąd były organizowane kilkugodzinne wyjścia do dżungli, do ogrodów Bora, do osady Yagua i innej osady Bora leżącej nad rzeką Ampiyacu, jak
również podróż łodzią w dół Amazonki do osady Izraelitów.
Przyjecie przez Bora było bardzo serdeczne, wręcz spontaniczne, nie spodziewali sie, że ktoś może do nich przyjechać, zamieszkać razem z nimi na tak długo. Już pierwszego dnia wizyty, w
tzw. patio de la coca w maloce, w miejscu w którym tradycyjnie przygotowuje się i żuj kokę, uczestnicy Wyprawy siedli w `kółeczku` razem z Indianami i słuchali opowieści o pochodzeniu
koki i jej znaczeniu w życiu Bora. Jeden z kuraków/szamanów Bora, Federico z klanu aguaje, opowiadał o tym w języku Bora, a tłumacz, tłumaczył jego opowieść na hiszpański.
W kolejnym dniu Indianie Bora juz od rana przygotowywali sie do pokazu swoich obrzędowych tańców i pieśni. Chociaż dla turystów robią to w nieco sfolkoryzowany sposób, np. przebierają
sie w stroje nawiązujące do ornamentyki i rysunków malowanych tradycyjnie na maskach i drewnianych konstrukcjach maloki - to jednak same tańce i pieśni identyczne, jak wykonywane
podczas własnych świąt i obrzędów. We wszystkich tańcach biorą udział dzieci, które w ten sposób uczą sie bezpośrednio swojej własnej kultury.
Następny dzień, to kilkugodzinne wyjście z przewodnikiem w głąb amazońskiego lasu i do ogrodów Bora, w których uprawiają warzywa i owoce. Niby to zwykła rzecz, wyjście do lasu czy
wyjście do ogrodu. Ale doświadczenie spotkania z amazońską przyrodą, dotarcie do dziewiczego lasu nie jest porównywalne z niczym, może tylko ze snem, który śni się na jawie.
Niewyobrażalna ilość roślinnych kształtów, lian splątanych z liśćmi i konarami drzew, jakby zaplanowany chaos form i kolorów. W tym kontekście ogrody, w których Bora uprawiają warzywa i
owoce przedstawia się jako gigantyczny wysiłek człowieka związany z przekształcaniem dzikiej natury w ujarzmioną przyrodą, która dopiero teraz może żywić i ubierać.
Wyjazd łodzią do osady Indian Yagu nad rzeka Ampiyacu. Yagu, w odróżnieniu od Bora, już prawie nie mówią w swym własnym języku, bowiem od XVIII wieku mają stałe kontakty z cywilizacja białego człowieka, w wyniku których utracili bardzo wiele cech swojej rdzennej kultury, w tym właśnie język. Jednak dalej zamieszkują w osadach tubylczych, które są ich autonomicznym terytorium lokującym się zazwyczaj w pobliżu osad metyskich. Yagua zaprezentowali kilka obrzędowych tańców poświęconych między innymi polowaniu na dzikie świnie i wybieranie miodu w lesie pszczołom. Yagua tańczyli w swoich tradycyjnych strojach wykonanych z włókien palmy chambira, które nie uległy żadnym zmianom do dnia dzisiejszego.
Do osady Izraelitów, Nuevo Pevas, leżącej w dole Amazonki płynie sie około 40 minut łodzią z silnikiem peke-peke. Izraelici stanowią zwarta diasporę religijną i kulturową odwołującą sie
w swoich ideach do starotestamentowych zasad życia społecznego. W porównaniu z Indianami Izraelici wykazują się doskonalą organizacja pracy, są niezależni materialnie i żyją w zasadzie
jak społeczeństwo chłopskie.
Betaña, to kolejna osada Bora na rzece Ampiyacu, leżąca około 30 minut łodzią od Pevas. Tu niestety nie zastaliśmy prawie nikogo, wszyscy dorośli byli w swoich ogrodach lub na
kilkudniowych polowaniach. Młodzi Bora natomiast w okresie wakacji migrują do Iquitos w celach zarobkowych. Wieś była prawie całkowicie wyludniona, ale powiedziano nam, że zaczyna
tętnić życiem już o zmierzchu, kiedy Bora wracają ze swoich ogrodów.
Prawie 20 godzinny powrót statkiem po Amazonce do Iquitos dopełnił pełni pobytu w Amazonii – przesuwający się przez cały czas brzeg dżungli nasączał odcieniami dzikiej zieleni, a
meandry Amazonki budziły zachwyt swoim bezmiarem i różnorodnością. Jeszcze tego samego dnia po powrocie, w nocy poszliśmy na dyskoteka, a raczej do dzielnicy dyskotek i nocnych klubów,
w których grana była muzyka na żywo. W największej dyskotece na wolnym powietrzu, pod wiszącym dachem królowała muzyka zespołu Explosion, najbardziej popularnej grupy z Iquitos.
Tak jak podróżując do Indian Bora i Yagua - przez Limę, Iquitos i Pevas - zanurzaliśmy się w kolejne stadia cywilizacji, tak teraz, wracając z Amazonii do Limy i Europy wydobywaliśmy
się – mówiąc trochę niezdarnie - na powierzchnię, wracaliśmy do siebie, do swojego świata. Nie był to jednak powrót oczekiwany i bardzo upragniony, raczej konieczność związana z dat
wylotu z Peru. Był to powrót związany ze świadomością utratą czegoś, co w naszej kulturze pomimo jej cywilizacyjnego rozwoju i atrakcyjności zostało bezpowrotnie zagubione i utracone,
mianowicie - spontaniczność na co dzień, interpersonalna bliskość z innymi ludźmi, bezpośredni, stały kontakt z naturą, brak skomplikowanych, administracyjnych zasad życia społecznego i
zdrowe, smaczne i tanie jedzenie bezpośrednio z lasu. Jeden jeszcze element – niejako za darmo – dawał nam niesamowitą, wręcz fizyczną energię – słońce, którego brak w północnej Europie
zabija nawet najdrobniejsze przejawy optymizmu.